Wczoraj umarła moja babcia.
Od kilku dni leżała w szpitalu. Od kilku tygodni była zbyt słaba, by chodzić, a czasami nawet, by mówić. Od kilku lat - od momentu jej pierwszego zawału - jej zdrowie pogarszało się dramatycznie...
Przedwczoraj, w szpitalu, miała drugi. Koronografia nie pomogła
Jako kilkuletni chłopiec, pasjonujący się motoryzacją, mówiłem Jej, że kupię samochód i będę ją woził. Nigdy mi się to nie udało. Obietnica, której już nigdy nie spełnię.
Ona była zawsze. Ona miała być zawsze.
Nic nie będzie już takie, jak kiedyś.
* * *
Dzisiaj mój brat żegna się ze stanem kawalerskim. To nieco dziwne - brać ślub dzień po śmierci bliskiej osoby... Ślub powinien być radosnym wydarzeniem, a rocznice - kojarzyć sie wyłącznie dobrze. Ale to decyzja mojego brata i po części jego dziewczyny. Ślub był zaplanowany od dłuższego czasu a babcia ponoć bardzo się na niego cieszyła. Strasznie lubiła dziewczynę Maćka. Ten ślub ma być teraz czymś w rodzaju uhonorowania Jej pamięci...
Niech i tak będzie. Nie do mnie należy decyzja ani ocena.
* * *
I jeszcze jedno pożegnanie...
Dziś żegnam się z tym blogiem. Nie mam za bardzo czasu, i też w zasadzie już mi się nie chce...
Życie będzie toczyć sie dalej swoim rytmem.
Trzymajcie się.
J.
No i Nowy Rok nam nastał.
Działo się w starym, a i owszem, sporo. Nowe sytuacje, nowy związek (trwa, a jakże!), nowa praca, utrata tejże, dwie nagrane płyty... A mogło w ogóle mnie nie być.
Rok 2007 skończył się utratą kolejnej pracy (żegnaj, FedExie, nie będę tęsknił), nader miłymi świętami i sympatycznym, kameralnym, czteroosobowym Sylwestrem, w trakcie którego była obchodzona pewna moja dziesiąta rocznica... ;-) Choć to ostatnie to de facto już w Nowym.
Rok 2008 zapowiada się fascynująco. Naprawdę - może się dziać dużo. Kto wie, czy nie za dużo...
Pożyjemy, zobaczymy. Póki co, trzeba iść do przodu, prosto w srodek burzy. I nie zmarnować żadnej szansy.
A jest ich sporo.
Listopad. Mokry, zakatarzony miesiąc, którego głównymi celami są ataki depresji i ścieranie szkliwa z zębów.
Ale i w taki brzydki, szaro-bury, błotnisty czas, mogą dziać się rzeczy ciekawe.
Mogą dziać się rzeczy wesołe i sympatyczne, jak mój RPGowy debiut. Tak - mam za sobą dwie pierwsze w życiu sesje. Z E. (która wciągnęła mnie w całą imprezę) i naszymi dobrymi znajomymi stworzyliśmy wilkołaczą drużynę. W taki oto sposób narodził się Adam Nguyen Zamiara, młody pół-Azjata o wilczym imieniu Cynamon, ragabash z Dzieci Gai. Nie kryję - w zasadzie od razu polubiłem gościa. W końcu sam - no, z pomocą E. - go stworzyłem...
Mogą też dziać się się rzeczy ekscytujące. Takie, jak na przykład... kolejna płyta. Tak. Nagrałem. Już drugą. Z zespołem, który zdobył już pewną renomę - i to bardziej za granicą niż w Polsce... Płyta fascynująca, połamana jak na rocka progresywnego przystało... i bardzo piękna. Premiera miała być 5 listopada, będzie najprawdopodobniej dopiero w tym tygodniu... Ale warto było czekać. Cholera, jestem dumny.
Może sie dziać nawet więcej ekscytujących rzeczy. Jeszcze nic pewnego (choć prawdopodobieństwo jest duże), więc jeszcze, niewiele na ten temat, ale... może być bardzo ciekawie. Oględnie mówiąc - szykują się fascynujące wyjazdy... Wprawdzie nie w listopadzie, ale już rozpoczynamy przygotowania. Oj, będzie ciekawie...
Mogą jednak też dziać się rzeczy smutne - takie, jak konieczność znalezienia nowego domu zwierzątku, z którym już zdążyłem się zaprzyjaźnić. Tak, jak się tego obawiałem, to Arija była powodem moich nasilonych ataków astmy... Na szczęście - dzięki pomocy mojej byłej żony - ma już nowy domek u jej znajomej. Mam nadzieję, że będzie jej tam dobrze...
Jako, że to listopad, może dziać się jeszcze więcej smutnych rzeczy... Takich choćby, jak odejście z zespołu, z którym spędziłem 3 lata. Tak - dziś (choć w zasadzie to już wczoraj...) rozstałem się z moimi folkowcami. Smutno mi... Ale w obliczu coraz poważniejszych zobowiązań w stosunku do składów, które już odnoszą pewne sukcesy oraz coraz mniejszej ilości czasu dla samego siebie i dla Najukochańszej Osoby musiałem podjąć jakąś decyzję. Podjąłem taką a nie inną - i idę dalej. Spotkałem się dziś z nimi, wyjaśniłem, o co chodzi... Zrozumieli. Nikt nie miał żalu, nikt nie wygłaszał pretensji... To było takie rozstanie, jakie być powinno. Szkoda, że w ogóle musiało być...
Ale cóż, życie toczy się dalej.
Nawet w listopadzie.
Do tej pory wolałem nie poruszać tematów związanych z polityką, ale...
Wybory nie odbywają się co tydzień. Szczególnie takie wybory.
Tydzień temu społeczeństwo dość wyraźnie dało do zrozumienia, co myśli o poczynaniach dotychczasowej ekipy rządzącej. Do władzy doszli ludzie, którzy - mam nadzieję - wykażą się większym rozsądkiem i mniejszym zacietrzewieniem ideologicznym w sprawowaniu rządów, niż ich raczej umiarkowanie szanowni poprzednicy. Jest szansa, że dużo rzadziej będziemy słyszeć o wynikających z religijnego fanatyzmu, źle pojętej dumy tudzież zwykłej głupoty kretynizmach popełnianych przez miłościwie nam panujących. Są widoki na to, że przestaniemy wreszcie być pośmiewiskiem Europy i świata, a staniemy się równorzędnym partnerem w międzynarodowej polityce. Mam też szczerą nadzieję, że skończy się wreszcie epatowanie wszem i wobec przeświadczeniem o własnej nieomylności, obrażanie na cały świat za własne niepowodzenia i doszukiwanie się winy we wszystkich wokół, podczas, gdy samemu koncertowo spieprzyło się sprawę.
21 października zdechła IV RP. Chuj jej na grób.
* * *
Polska - mam nadzieję - zdrowieje, ja tymczasem jestem chory. Typowo dla tej "cudownej" pory roku złapałem zapalenie oskrzeli. Duszę się, kaszlę i generalnie czuję się dość nędznie. Miałem dwudniowe zwolnienie z pracy. Możliwe, że jeszcze się przedłuży...
* * *
Czy posiedziałem sobie spokojnie w domu? Fuck NO! Piątek i sobota upłynęły mi na mini-trasie z NR po lubelszczyźnie. W piątek zagraliśmy w Chełmie. Mały, duszny klubik, niewiele ludzi, ale świetne przyjęcie. Inna rzecz, że prawie się udusiłem, a temperatura podskoczyła mi do poziomu, gdzie para z gwizdem ulatnia się przez uszy. Wystarczyło opuszczenie klubu i gorąca herbata z cytryną, bym poczuł się lepiej. Następnego dnia, w sobotę - koncert w Lublinie, w bardzo miłym ośrodku kultury. Niestety, niefart - tego samego dnia było... 6 konkurencyjnych imprez, w tym darmowy koncert Braci. Efekt - przyszło może z 15 osób. Co nie zmienia faktu, że tych kilkanaście osób bawiło się świetnie.
Nie wiem, czy te wojaże połączone ze miotaniem się po scenie i taszczeniem sprzętu, jakoś szczególnie przyspieszyły mój powrót do zdrowia...
* * *
Aria brzmi pięknie. Arija na przemian przymila się i wariuje. Nowe lokatorki naszego mieszkania najwyraźniej się zaaklimatyzowały.
Mam tylko nadzieję, że moje ostatnie kłopoty z oddychaniem nie pochodzą od biegającej po domu, miękkiej, szarej, pręgowanej kulki futra...
* * *
5 listopada. Data kolejnego kroku naprzód. Już wiem, że będzie wielki.
Trochę się boję.
Mam Arię.
Aria jest basem. Dokładnie nazywa się Aria Pro II Rev-Sound Bass, ma przypuszczalnie tyle lat, co ja (lub jest bardzo niewiele młodsza), wklejany klonowo-orzechowy gryf z palisandrową podstrunnicą, jesionową deskę, zjechane klucze, niekompletny mostek i rozsypaną elektronikę.
Jest piękna.
I brzmi.
Mimo dwóch niedziałających potencjometrów odzywa się pięknym, pełnym głosem - klasycznym, ale nie sztampowym. Podpięta pod dobry sprzęt zabija i wskrzesza dźwiękiem.
Znalazłem ją ponad pół roku temu, porzuconą w studiu, gdzie nagrywałem bas na płytę PP. Potem znalazł się jej właściciel, który jednak nigdy jej nie odebrał. Najpierw chciał ją wyremontować, ale najwyraźniej się rozmyślił, za co niechaj będą mu dzięki. Dostałem jego numer telefonu, zadzwoniłem, dogadałem się... i w ten sposób za śmieszną w stosunku do realnej wartości kwotę mam rewelacyjny bas, który po renowacji będzie wart o wiele więcej, niż w niego włożę.
Tak. Mam teraz (znowu) trzy basy. Wszystkie świetne. Wszystkie kupione za kwoty zdecydowanie niższe od ich wartości.
Jest dobrze :-)
* * *
Mam Ariję.
W zasadzie to wszyscy mamy, ale... ja chyba najbardziej.
Arija jest kotem. Właściwie kotką, choć miała (miaua?) być Panem Kotem. Takie było założenie. Tak też wolała E., która z traumy wyniesionej z domu (hodowla 50 persów!) wzięła swą ogólną niechęć do kotów. Stwierdziła jednak, że jeśli będzie to facet (ze względu na nader nieprzystojne zachowania kocic w okresie chcicy) i dachowiec, może w ostateczności się zgodzić. W końcu też kiedyś spotkała kota swojego życia - miał (miau?) na imię Van Gogh, był kocurem i ewidentnie dachowcem. Tak więc oto znalazł się kocurek-dachowiec, którego należało uratować od śmierci z wychłodzenia. Trafił do nas dziś. Przy przekazywaniu jednak powiedziano nam, że to chyba jednak koteczka... No i w rzeczy samej jest koteczką. W ten sposób Dali (bo tak miał - miau? - nazywać się kocior, w tematycznym nawiązaniu do Van Gogha) został Ariją.
A skąd Arija? Najpierw miała (miaua) być Mrija (Antonow AN-225 Mrija - największy na świecie samolot transportowy, wyprodukowany jak do tej pory w jednym jedynym egzemplarzu, posiadający przy tym nader sympatyczny dziób), ale dziewczynom coś w tym nie pasowało, mimo, że sama E. zaproponowała właśnie Mriję. Po długich męczących mózgowie dysputach spojrzałem na spoczywającą na fotelu Arię... i, wiedząc, jaki jest ukochany ruski zespół E., zaproponowałem, że może by tak Arija.
Arija (kota, nie zespół) zdaje się szybko aklimatyzować. Jest przyjazna. Rozmrusiana. I absolutnie przecudna w dotyku...
Mam straszną nadzieję, że E. zrobi dla niej kolejny wyjątek - w końcu Arija jest jedna, i nie jest persem. A że jest dziewczynką?... No cóż, koteczki z reguły są sympatyczniejsze :-)
E. polubiła Arię - może polubi też Ariję... Póki co zdaje się ją akceptować.
Jest naprawdę dobrze :-)
* * *
Otaczają mnie same dziewczyny. E., Mysza, dwie szyle (Trąbka i Gruszka), Arija i Aria. No dobrze, Nexus i Malinek są facetami, ale Malinek mieszka przez większość czasu w sali prób, a Nexus, gdy jest w domu, leniwie spoczywa w futerale i rzadko wychyla z niego główkę.
Muszę albo zacząć zarabiać krocie, albo trafić szóstkę w totka. Wtedy wybudujemy sobie domek i weźmiemy psa, o którym marzy E. (a który w niedużym mieszkaniu jest wykluczony ze względu na moje uczulenie). On napewno będzie facetem!
I znów październik. Miesiąc, który potrafi być tak nieprawdopodobnie piękny, pokrywając liście rdzawym nalotem, przebłyskując przygodnie napotkanym promyczkiem przez ciepło zabarwione korony drzew, zalotnie a jednocześnie lekko melancholijnie głaszcząc po twarzy delikatnym welonem wiatru.
I znów chcę wyjść na spacer. Do Łazienek. Albo do lasu. Wziąć ze sobą E., chłonąć wspólnie ostatnią tegoroczną dostawę piękna.
Trochę dodatkowego czasu. Odrobinę dłuższa doba. Tak, poproszę.
* * *
W leniwy, nie przystający do mojej ciągłej gonitwy, pokryty warstewką babiego lata nastrój wkradła się nerwowość. Drażniący dysonans, nie pozwalający cieszyć się przypadkowo złapaną - na przystanku, w łóżku przed snem - chwilą wczesnojesiennego relaksu. Prozaiczna bzdura, która złośliwie i uparcie ściera szkliwo z zębów.
Wczoraj wieczorem był koncert V. - zespołu, z którym spędziłem dwa lata. Teraz, jako mój następca, gra mój dobry kumpel - młodziutki, bardzo uzdolniony Obywatel, któremu, tak, jak i reszcie załogi, bardzo chciałem pokibicować. Impreza miała odbyć się - i odbyła - w warszawskim Club Rocku (d. Biker's Place, Racławicka 99). Pojechałem tam z radością, ciesząc się, że zobaczę dawnych towarzyszy broni w akcji.
Niestety, nie dane mi było tam wejść.
Gdy zakupiłem bilet, dość pokaźnych gabarytów Pan Ochroniarz zażądał ode mnie pokazania zawartości plecaka. Pokazałem, żartując przy tym, że mam ze sobą śmiercionośne lekarstwo na astmę. Ponury przedstawiciel bramkarskiego cechu chciał następnie przystąpić do przetrząśnięcia mojej kurtki, czego nie miałem zamiaru mu utrudniać. Stwierdziłem jedynie z uśmiechem, że wolałbym, aby proceder przeprowadzała jakaś nadobna niewiasta... I w tym właśnie punkcie zostałem wyproszony z lokalu.
Żeby nie było wątpliwości - NIE UŻYŁEM ANI JEDNEGO OBRAŹLIWEGO TUDZIEŻ WULGARNEGO SŁOWA, NIE NABIJAŁEM SIĘ TEŻ Z ICHMOŚCIÓW OCHRONIARZY ANI ICH PROFESJI. Najwyraźniej jednak Mości Panowie potrzebowali poczuć się czymś urażeni. Nie pomogły interwencje ekipy z V. (FZ, A. - mój następca - i T. zostali wręcz obcesowym tonem odesłani na scenę) - Rycerze Złowrogiej Łysiny pozostali nieugięci w swej Wielkiej Urazie. Nie pomogło nawet to, że próbowałem ich przeprosić, mówiąc, że nie miałem zamiaru urazić któregokolwiek z nich (bo i nie miałem... i nie zrobiłem NIC, by tak sie stało). Próbował też wstawić się za mną kolega z N. - drugiego zespołu, który grał tamtego wieczoru. Interweniował u barmanki, którą mylnie wziął za szefową całego interesu. Usłyszał od niej, że... powinienem się cieszyć, że nie było bardziej agresywnych ochroniarzy!
O ile Jaśnie Świątobliwą Urazę Mości Panów Ochroniarzy mogę zwalić na ich wszechogarniającą potrzebę bycia Największymi i Najważniejszymi Bysiorami tego łez padołu, o tyle wypowiedź Imć Barmanki była po prostu szokująca.
E. wpadła na świetny pomysł - w końcu jest Cube, człowiek nie dość, że sympatyczny i myślący, to jeszcze mający to i owo do czynienia z pewnym Poczytnym Tytułem Prasowym. Spotkanie się odbyło (dzięki, Cube - rewelacyjnie mi się z Tobą gada... jeszcze w niejednym piwie, mam nadzieję, popłyną nasze myśli i wynurzenia), zeznanie zostało zanotowane. Niestety, wbrew szczerym chęciom i staraniom Cube'a najprawdopodobniej niewiele z tego wyjdzie...
Poruszyłem też sprawę na forum samego Club Rocka. Odpowiedzi, które się pojawiły, były różne - raczej neutralne, czasem biorące stronę klubu, ale rzeczowe i bez bzdurnych oskarżeń (B. - szacun, Obywatelu). Generalnie wskazujące na chęć pokojowego omówienia i wyjaśnienia sprawy... Póki nie pojawiła się owa Pani Barmanka i jeszcze jedna związana z klubem Dama. Bzdety, które obie panie raczyły zasadzić w temacie (szczególnie pierwsza - charakteryzująca się umiarkowanymi szansami na tytuł Mistrzyni Spójnego i Zrozumiałego Wysławiania Się 2007) wymykają się zarówno racjonalnym ocenom, jak i mojej chęci opisywania ich.
Ręce mi opadły.
Oczywiście, dalej będę próbował dowodzić swoich racji - jestem człowiekiem bardzo wyczulonym na niesprawiedliwe i bezsensowne traktowanie - ale... czy cokolwiek wskóram?
Z ekipą Club Rocka - raczej nic. Ogólnie - co najwyżej to, że pójdzie tam kilka osób mnie, a parę zespołów nie zechce tam zagrać.
Dobre i to.
Nie, zdecydowanie nie chcę mieć więcej nic wspólnego z tym miejscem.
I wierzcie mi, też nie chcecie.
* * *
Poza tym - smutek. Zaskoczenie. Mimo, że dzieją się rzeczy naturalne, takie, które zdarzały się i zdarzać się będą. Umierają bliscy moich dobrych znajomych. Jestem świadkiem smutku, bólu i żalu. Staram się być, dodać otuchy, zaoferować jakieś oparcie... Ale mogę tylko być. I to czasem nawet nie fizycznie - w końcu na drugi pogrzeb w przeciągu tygodnia raczej nie wypuszczą mnie z pracy...
Jesienią - mimo, że potrafi być tak piękna - wszystko umiera.
* * *
Nie, nie wszystko.
E. i ja żyjemy. Będziemy wieczni.
Zdurniałem na starość. Zachciewa mi się nieśmiertelnej miłości. Powiem więcej - mam zamiar o nią walczyć...
I dobrze mi z tym.
* * *
Love You To Death... :*
Pierwszy dzień jesieni.
Słoneczny, ciepły... Szkoda, że lato nie było takie.
* * *
Dawno się nie odzywałem. Przede wszystkim dlatego, ze nie miałem czasu. Otóż... Mam nową pracę! Udało się z manewrem pt. dział księgowości. Czyli zostałem w tej samej firmie, w tym samym budynku, na tym samym piętrze, w tym samym biurze. Różnic jest kilka: inny pokój (z moją koleżanką, przemiłą dziewczyną, dzięki której w ogóle dowiedziałem się o tej pracy), nieco mniejsza nerwówa (mniej telefonów od klientów - częściej dzwoni się samemu), nieco lepsze pieniądze... i zdecydowanie więcej kompletnej dezorientacji. Po prostu nie za bardzo jeszcze rozumiem co i jak a A. sama ma tyle na głowie, że nie za bardzo ma czas mi tłumaczyć...
W ten oto sposób znów jestem kompletnie zagubiony.
Po pracy... Też nie mam za bardzo czasu. Wreszcie zaczęły się próby PP. Efekt? CODZIENNIE po robocie mam jakąś próbę. Poniedziałki i środy - NR, wtorki i piątki - PP, czwartki i do tego niedziele - R. We wtorki miałem do tej pory próby z WZM - będę musiał jakoś wytłumaczyć Z., że nie za bardzo teraz dam radę...
Najbardziej w tym wszystkim martwi mnie to, że znowu nie mam czasu na jazdy. Może uda mi się ustawiać się z instruktorem na rano - ale wtedy będę mógł tylko godzinę tygodniowo. Nie dam rady przy wszystkich moich zajęciach dodatkowo zwlekać się częściej o 6 rano...
* * *
Prawie codziennie próby... to jeszcze nie wszystko.
Właśnie finalizuję kolejne nagrania.
Tak. Znów nagrywam płytę.
W. - założyciel PP - zaprosił mnie do swojego starszego i nieco bardziej znanego zespołu. Znanego zresztą bardziej za granicą niż w Polsce...
Dwie noce nagrywania basu za mną. Jutro trzecia i ostatnia. Dwa ostatnie numery... Może tym razem nie będzie to cała noc.
Nowa, trzecia płyta S. powinna ukazać się jeszcze w tym roku.
Ja pieprzę. Kariera?...
* * *
Póki co - jest różnie. Szczególnie z finansami... Niby zarabiam nieco lepiej niż poprzednio, ale jednak trudno z jednej pensji utrzymać 3 osoby (+ 2 szyle). E. wprawdzie też pracuje, ale nieszczególnie jej płacą... o ile w ogóle. Tym oto sposobem do do następnej pensji, czyli do ok. 10 października, zostało nam na przeżycie niewiele ponad 500zł.
Ciekawe, kiedy konto ostatecznie zaświeci malowniczą pustką i ile czasu przyjdzie nam praktykować pranarianizm.
* * *
Tymczasem ostatni weekend - rodzinny, w trójkę. Na DTP, czyli Dniach Transportu Publicznego. Co prawda osobiście nie jestem miłośnikiem wielogodzinnego sterczenia na przystankach oraz tłoczenia się w dziko zapchanych tramwajach i autobusach, obowiązkowo z cuchnącym lumpem w średnio co drugim z nich, za to bardzo lubię wszelkie stare mechanizmy, szczególnie te jeżdżące. A wczorajsza przejażdżka "ogórkiem" kabrioletem i Sanem (z wnętrzem podobno zaprojektowanym przez Z. Beksińskiego!) oraz dzisiejsza stareńkim pociągiem ciągniętym przez zabytkowy parowóz na trasie Dw. Gdański - Legionowo - Dw. Gdański to prawdziwe rodzyneczki! No i wczorajsze zwiedzanie STP, czyli Stacji Techniczno-Postojowej metra na Kabatach... Tak, to był nader sympatyczny weekend, tym bardziej, że pogoda dopisała. Żeby tylko nie zgrzyt pod postacią baby ze znaczkiem PiSu podtykającej dziś na Dw. Gdańskim pod nos ludziom listy wyborczej do podpisywania...
Szkoda, że to nie był facet, Mógłbym przynajmniej powiedzieć mu "spieprzaj dziadu".
* * *
Naprawdę, jest... dobrze. Miło. Ten weekend był kolejnym dowodem na to, że dobrze nam ze sobą, że potrafimy - chcemy! - pójść gdzieś we trójkę, spędzać czas ze sobą, bawić się dobrze...
Gdybyśmy tylko z E. lepiej rozumieli nawzajem swoje intencje...
Nienawidzę się kłócić. Szczególnie z Nią.
W końcu ją kocham, mojego pięknego Rudzielca...